logo1_kopia

Uratuj Świętego! 2012

18-26 marca 2012

Wszystkie rozważania...

Tamara  

Leżą przede mną  stronice, na których są ślady łez. Rozmazane litery, niektóre słowa niewyraźne, prawie nieczytelne, boleśnie powyginane drżącą ręką, która je pisała. Tamara, 41 lat, pielęgniarka, Ukrainka, od  kilka lat praktykująca katoliczka. Robiła te zapiski  b ezpośrednio po opisanych wydarzeniach, w połowie lutego, płacząc i tuląc do siebie zeszyt. - s. Lilianna Bulanda (Ukraina)

 

 

List do nienarodzonego Dziecka.

 

Póki żyję na ziemi, nie dowiem się, kim obdarował mnie Bóg: chłopczykiem, czy dziewczynką? Nigdy nie zobaczę koloru Twoich włosków, a oczka na pewno byłyby niebieskie. Nie zobaczę Twojego uśmiechu, nie usłyszę Twojego pierwszego płaczu...

Bóg zabrał Cię wcześniej, Dziecinko, niż narodziłaś się dla świata. Ty od razu narodziłaś się dla wieczności. Nie zgłębię tajemnicy, dlaczego taka była Wola Boża. Staram się jak najpełniej oddawać wszystko Bogu i i przyjąć z pokorą i poddaniem ten ból, przeżywanie, smutek.

 

Ale była też i radość! Za krótki czas Twojego życia, Dzieciaczku, obdarowałeś mnie wielką radością! Bóg dał Ci życie w moim łonie. Wpatrywałam się w dwie kreski testu i nie mogłam wprost uwierzyć swoim oczom! O Boże, Ty wybrałeś mnie, Ty wybrałeś nasze małżeństwo, mam w sobie nasze Dzieciątko! Ono jeszcze zupełnie maleńkie, ale żyje!

 

Dziecinko, pytałam, co Ci bardziej smakuje, gdzie chcesz iść ze mną na spacer. Ale jakoś dziwnie chciało nam się po prostu spać. Chodziliśmy razem na Mszę św., przyjmowaliśmy Komunię św.  Sam Jezus przychodził do naszych serc. Odczuwałam Twoją duszę. Prosiłam Boga, żeby dał  wszystkie  potrzebne komórki dla Twego ciałka. Dziękowałam Stwórcy za każdy przeżyty razem dzień. Trochę bałam się trudności, ale wierzyłam, że Pan Bóg nas nie opuści.

 

Razem ze mną cieszyli się Tobą moi bliscy, rodzina. Także duszpasterze, z   którymi mogłam podzielić się swoją, póki co, tajemnicą. Kochaliśmy Cię razem z Twoim Tatusiem i wspólnie modliliśmy się. Twoim dwom braciom jeszcze nie zdążyliśmy powiedzieć o tym, że jesteś, ale na pewno też by się ucieszyli...

 

Gdy wybieraliśmy dla Ciebie imię, chcieliśmy, żeby Ci się spodobało. Tatuś swoją córeczkę chciał nazwać Ulianką, a gdyby się okazało, że urodzi się synek, wybrałam imię Lubomir. Zaczęłam kupować dla Ciebie maleńkie ubranka i chciałam wyhaftować Ci koszulkę. Wyobrażałam sobie Twoją twarzyczkę, oczka, już całowałam Twoje maleńkie rączki... Marzyłam, że będziesz córeczką, ale teraz to wie tylko Bóg. Tylko On, Stwórca,  może życie dać i życie zabrać.

 

Chodziliśmy do lekarza. To była bardzo piękna i miła kobieta. Wypełniła nam kartotekę i wręczyła kolorową książeczkę o rozwoju dziecka. Wydawało się, że wszystko będzie dobrze. Prześladował mnie  jednak jakiś dziwny strach, że Cię stracę. Mimo tego odczucia, starałam się mieć nadzieję.

 

Potem wszystko potoczyło się tak szybko. Nieznaczny ból w dole brzucha, upławy. Bardzo się przeraziłam i cały dzień przeleżałam. Bez przerwy prosiłam Boga, aby mi Ciebie pozostawił. Na drugi dzień Tato zawiózł nas do szpitala. Wyrok ”martwy płód” przemienił moje szczęście w ból, smutek i łzy.

 

Płakałam i nie chciałam uwierzyć, mówiłam sobie, że to pomyłka, że to nie może być prawdą. Ciągle miałam nadzieję. Jak to może być,  że mojego Maleństwa, które tak pieściłam słowami w swoim łonie, już nie ma? Nie wierzyłam. Jeden lekarz, drugi, chciałam usłyszeć coś innego, ale nie usłyszałam...

 

Ból straty rozdzierał mi serce, po twarzy płynęły łzy. Dlaczego? Dlaczego tak się stało?! Odpowiedź zna tylko Bóg.

 

Jeszcze cztery dni jeździłam na różne badania. Ciężko mi było żyć ze świadomością, że Twoje maleńkie serduszko już nie bije. Pocieszała mnie jedynie myśl, że to Bóg zabrał Cię do wiecznej szczęśliwości... Na tyle, na ile mogłam, przyjmowałam Jego wolę, chciałam, by się pełniła ”jak na niebie, tak i na ziemi”.

 

Może przez Twoją śmierć będą uratowane dzieciątka, których chcą się pozbyć ich rodzice? Ofiarowałam Bogu moje cierpienia za ocalenie innych dzieci.

 

Nadszedł dzień, kiedy trzeba Cię było zabrać ode mnie. Był to piątek 11 lutego (2011r.),wspomnienie Matki Bożej z Lourdes. Płakałam i bałam się bólu fizycznego, przypominałam sobie Mękę Pańską, modliłam się do Niebieskiej Mateńki. Najwięcej jednak bólu sprawiała mi niepewność, czy oddadzą mi Twoje maleńkie ciałko.

 

Przed samym zabiegiem odważyłam się wejść do gabinetu Ordynatora ginekologii.

-  Czy będę mogła, już po wszystkim, zabrać ciało mojego Dziecka?

Nieprzyjemny człowiek, niespełna 60 -letni, był całkowicie zaskoczony moją prośbą.

- Jakie tam dziecko?  Idiotyzm jakiś! Proszę popatrzeć – podsunął mi wyniki moich badań – tu napisane czarno na białym: embrion 42 milimetry! Gdzie tu pani widzi jakieś dziecko! Całkowity idiotyzm! Pierwszy raz w swojej lekarskiej praktyce słyszę coś podobnego!

- Nie – zaprzeczyłam – to nie tylko embrion, to moje Dziecko! Ono żyło, ono ma duszę! Błagam, proszę mi oddać! Nie trzeba tego ciałka wyrzucać na śmietnik!

- Ja nie wyrzucam na śmietnik. To trzeba oddać do analizy.

- Komu potrzebna ta analiza? Panu? Bo mnie nie potrzebna. Ja rozmawiałam z kapłanem, to Dziecko można po chrześcijańsku pochować, rozumie pan?

 

Na to nic nie  umiał odpowiedzieć  mamie  - ”idiotce”, i  wściekły warknął, że będzie tak, jak sobie życzę.

 

Po narkozie, gdy już doszłam do siebie, zapytałam pielęgniarkę, czy lekarz spełnił moją prośbę. Ta starsza już kobieta podsunęła mi ze złością pod same oczy naczyńko pełne krwi,  z rozczłonowanym ciałkiem i wrzasnęła:

- Popatrz, popatrz sobie na to wszystko! To chcesz zabrać?!! Jakie ciało, nie rozumiem, co tu zabierać, to tylko kawałki tkanki!!!

- Tak, ja chcę to zabrać – i znów próbowałam mówić, że to ciało Dzieciątka, że to człowiek, rozumie pani...

Przez otwarte drzwi sali słyszałam, jak lekarz mówi do pielęgniarki:

- Włóżcie jej ”to” do słoika, niech sobie  wariatka to hoduje, czy robi z tym co chce...

Przypomniało mi się wtedy, jak natrząsali się nad Jezusem, jak zamiast wody jego spragnione usta zmoczyli octem, i że On też był nagi... I płakałam z głębi serca z powodu tego wszystkiego, i usiłowałam cierpieć razem z Jezusem, myśląc o jego cierpieniu na krzyżu.

 

Na salę weszła młoda lekarka, żeby zobaczyć, jak się czuję, i znów zaczyna mówić to samo:

- To tylko kawałeczki tkanki, maleńkie, raptem 4 centymetry. Ani to rączek nie ma, ani kości...

- Nie, tłumaczę jej przez łzy, to nie tylko tkanki. Od samego początku, od poczęcia, jak tylko połączyły się dwie komórki, to już człowiek, i Bóg od razu dał temu człowiekowi duszę, rozumie pani, od samego początku...

 

Miałam w kieszeni pieniądze, aby je dać pielęgniarce, która włoży moje Dziecko do   odpowiedniego naczynia. Nikt  jednak nie chciał pomóc i przyszło mi to zrobić samej. Gdy już mogłam wstać, szlochając wzięłam Twoje porozrywane ciałko i włożyłam do przygotowanej wcześniej ”kołyski”. Było to okrągłe pudełeczko od różańca, z wizerunkiem Jana Pawła II. Gdy patrzyłam na Ciebie, wydawało mi się, że w pewnym miejscu dostrzegłam Twoje maleńkie serduszko.

 

Dzięki Ci, dobry Boże, dzięki, Mateńko Niebieska, że dopomogliście mi się z tym uporać. Miałam wrażenie, że jakaś siła kierowała moimi rękami. A oni wszyscy stali jak oniemiali, w ciszy, i patrzyli, co ja robię, patrzyli wszyscy, pacjentki, pielęgniarki, lekarze...

 

Ze szpitala zabrał nas Tato, który przyjechał z księdzem. W domu zawinęłam Cię w białą serwetkę, a Tato kupił Ci białą wstążeczkę. Odprawiliśmy nabożeństwo nad Twoim maleńkim ciałkiem. Na białym obrusie stał krzyż, dwie zapalone świeczki. Modlili się zaprzyjaźnieni księża z naszej parafii, siostry zakonne. Twój  10- letni Brat modlił się razem z nami, ledwie wstrzymując  łzy. Tak chciał mieć młodszego braciszka, albo siostrzyczkę...  Jeden z ksieży pocieszył go mówiąc, że ma teraz swego orędownika w niebie.

 

Pochowaliśmy Cię obok mojej Mamy, Twojej Babci. Będziemy przychodzić do Ciebie. Miłość, którą zdążyliśmy Cię pokochać, będzie nadal w naszych sercach.

 

Niech Twoja dusza cieszy się i raduje w bliskości Boga. Rośnij w wieczności ku chwale Bożej. Moja miłość do Ciebie będzie wznosić się razem z modlitwą. Będziesz żyć w moim serca do końca moich dni.

 

Bardzo tęsknię za Tobą, moje Dzieciątko.

 

Ktoś może zapytać, po co to wszystko napisałam? Żeby wywołać czyjeś współczucie, żal, czy może nawet łzy? Nie, po stokroć, nie.

 

Całym swoim jestestwem odczułam wartość i godność ludzkiego życia od samego początku, do naturalnej śmierci.

 

Zabijamy swoim milczeniem, kiedy nie mówimy wprost, że aborcja, to zabójstwo. Zabijamy, gdy milczymy na słowa, że ktoś nie powinien żyć, że to kaleka.

Zabijamy, kiedy nie umiemy przebaczać, biczując się wzajemnie złością, złymi słowami, myślami, swoją zazdrością...

 

Jak długo my, ludzie, będziemy milczeć na zło, które dzieje się na naszych oczach, tak długo nasze dzieci będą ginąć w majestacie prawa. Nasz ”cywilizowany” kraj pozwala zabijać najbardziej bezbronnych – nienarodzonych, bo to jeszcze nie ludzie, to ”kawałeczki tkanek”, ”tylko embriony” itp. Tak po prostu, nie ma człowieka, nie ma zbrodni , nie ma zabójstwa. Chciałoby się potrząsnąć całym światem, aby przebudzić świadomość ludzi.

 

Jak długo  będziemy milczeć, nie chcąc przysparzać  sobie problemów, jak długo będziemy chcieć żyć ”cicho i spokojnie”, tak długo będzie pracować ”socjalistyczna maszynka aborcji” i będą zabijać nasze dzieci, wnuki. Będą  niszczyć całe pokolenia. Ile jeszcze czasu  nasze sumienia będzie w letargu? A może ktoś jednak sam się obudzi i obudzi tego, kto jest obok. I w końcu przypomnimy sobie, że jesteśmy ludźmi...

Tamara

 

ORGANIZATORZY

pokolenie2   nadzieja

PATRONAT MEDIALNY

   gosc_winietawiara_logo